32. Zbiera się na burzę [II]

Znacie ten moment, kiedy word ma was gdzieś i usuwa wam pół rozdziału, bo tak? A potem włączacie jakiś kretyński skrót klawiszowy, zupełnie o tym nie wiedząc, robicie jakiś błąd, chcecie usunąc dwie litery, a znika wam cały paragraf? No to, cholera, przybijmy sobie piątki czy szóstki! Niemota ze mnie, bo jak zobaczyłam, że usunął mi się paragraf opisujący iluzję Mista, to zgadnijcie, co zrobiłam? 
WCISNĘŁAM TEN CHOLERNY BACKSPACE JESZCZE RAZ!
 I yeb, dziesięć procent rozdziału od początku... Już nigdy nie wzruszę lekceważąco ramionami, jak ktoś powie "złośliwość rzeczy martwych".  Nigdy.
Ych... To był najcieższy rozdział. Serio. Momentami pisałam go na siłę i zdaję sobie sprawę, że nie wygładziłam tego dostatecznie. Z pewnością jakieś opisy odbierzecie jako zbyt surowe. Ale po prostu chciałam skończyć tą serię. A już szczególnie ten rozdział. 
Jeśli chodzi o czcionkę... Nie ma nic pomiędzy "mega-wielki-i-w-ogóle-nieestetyczny-rozmiar" a "oj-maluśki-maluśki-jako-rękawicka". Przypryszym. Word od dawna mnie nienawidzi, teraz blogspot. Kiedyś musiało do tego dojść. No nic. 
Indżoj.



Robiło się duszno.

Słuchaliśmy krótkiej historii o tym, jak Malika dobrowolnie poszła do aresztu, jak przedtem zamordowała wysłanników Rahula i jak pomagał jej w tym Ace.
Siedziałem na niskim zydlu, obserwowany przez pozostałych, nie mogąc opędzić się od natrętnych myśli, że to wszystko nie działo się naprawdę. Szczerze mówiąc, nie mogło, bo jak wytłumaczyć spokój Nainy i Mista w momencie, w którym dowiadywaliśmy się o śmierci kogoś nam znanego? Ja ledwo się powstrzymywałem, żeby nie ryknąć, by się brali w garść i szli na pałac, ale równie dobrze mogłem sobie porzucać grochem o ścianę.
Mistgun stał w kącie, ukryty w cieniu, jakby pierwsze promienie słońca go parzyły, i z założonymi rękami słuchał starca. Nie widziałem żadnych emocji, jakbyśmy wcale nie cofnęli się spod Acte w poszukiwaniu jego brata – stał spokojnie i wiedziałem, że w duchu rozważał różne opcje, jakie wynikały z zaistniałej sytuacji. O Nainie można było powiedzieć to samo, może jedynie jeszcze to, że ten jej spokój był podszyty śmiechem. Wyglądało, że dobrze się bawiła słuchając o morderstwie Maliki i zacząłem ją podejrzewać o chorobę psychiczną.
— To niemożliwe — ucięła w końcu, zapijając ohydnie słodkim czajem. — Mówimy o Malice, najpotężniszej Smoczej Zabójczyni. Nawet jeśli pojawił się ktoś z Rady, to nie mógł być bóg Ishvalu. Co miałby tutaj robić? Patrzeć, jak książę wytępia swoich ludzi?
— Bogowie Ishvalu nie należą do Rady — zwróciłem przytomnie uwagę, a Naina jakby na to czekała; odwróciła się do mnie z tryumfalnym uśmiechem na twarzy.
— No właśnie! Majnu sam słyszał, jak stary Yajima mówił o Radzie — podkreśliła, wstając z zydla i przechadzając się po pokoju. — A Serena nie należy do Rady, tylko do Dziesiątki. Oni się przecież w ogóle nie mieszają w sprawy… No… Tutejsze.
— Nawet brzmiałoby to logicznie — przyznałem, bo rzeczywiście nie znajdywałem motywu dla najsilniejszego maga na kontynencie, któryby tłumaczył jego obecność w Mahat-Dżahsz. Ponad to mogłem uwierzyć, że w Radzie siedzi banda skorumpowanych sukinsynów, ale Święta Dziesiątka to byli wspaniali magowie – nie siedzieliby bezczynnie wiedząc, co wyprawiał Rahul. — Sam rozumiesz, starszy, morderstwo Maliki to byłoby wyzwanie, i w ogóle nam się to nie łączy z Sereną. Ale nie zmienia to faktu, że skoro tu jesteśmy, to ją odbijemy, bo pewnie siedzi gdzieś i płacze w poduszkę — pozwoliłem sobie na głupi żart, bo Naina zbyt nerwowo krążyła po pokoju. Zawsze zachowywałem się trochę głupio, gdy widziałem u niej ten rodzaj rozstroju.
Od momentu, w którym mieszkańcy ciasnego, obskurnego domu, niemal wkopanego w piach, przestali mi się kłaniać, pojąłem co miała na myśli Naina. Kiedy opowiadała o zabobonnym ludzie Wschodu nie sądziłem, że byli w takim stopniu oddani wierze. Za każdym razem gdy się odzywałem, truchleli, i wymawiali coś jak „Czcigodny”. Nie, żeby mi się to nie podobało, ale zaczynało być irytujące. Poza tym mamrotali modlitwy, gdy temat dotyczył śmierci, i rzucali mi tak błagalne spojrzenia, że w końcu nie wytrzymałem i zapytałem, o co chodzi.
— Tyś Indra, bóstwo nieba i piorunów — wyjaśnił krótko starzec, jakby to miało mi dać pełną odpowiedź, a gdy pokiwałem głową, bardziej skołowany niż przedtem… Ta banda czubków rzuciła się przede mną na twarze!
— Hej, dajcie spokój! Jaki ze mnie Indra… Do cholery, wstawajcie! Nie chcę żadnych mo…
— Laxus — Naina znieruchomiała i zmrużyła powieki. Popatrzyłem na nią trochę zrezygnowany, bo nie wiedziałem, jak zmusić tych ludzi do wstania, a trochę mając nadzieję, że ona powie coś, co odwróci ich uwagę i będę mógł spokojnie zwiać. — To jest najlepszy pomysł, o jakim słyszałam.
Taaak… Szczerze mówiąc, tych pomysłów, dobrych, nie było za dużo. Bo po informacji, że armia się rozpadła, Ace uciekł do oazy Al-Wahram i generalnie nikt nie wiedział, co dalej, nasza inwencja spadła prawie do zera. Mist się nie odzywał, standardowo, i nie podejrzewałem go o jakiś błyskotliwy plan, ja zaproponowałem, żebyśmy w trójkę poszli do pałacu, a Naina, jak już było powiedziane, urządzała sobie pielgrzymkę po pomieszczeniu.
— Ashwaq — zwróciła się do jednego z leżących, a gdy się nie podniósł, gorliwie zanosząc modlitwy, zniecierpliwiona pomogła mu wstać. — Pójdziesz do Al-Wahram i zawiadomisz Ace’a, że wróciłam, niech zbierze wszystkich ludzi, których zdoła. Faruk, dokąd zbiegła reszta?
— Na pustynię, siostro. Nadchodzi pora burz, odszukanie rebeliantów nie będzie łatwe.
— Jeśli idzie burza, to schronili się w miastach — westchnęła i gestem nakazała mi podejść. Ominąłm leżących i odrobinę pochyliłem głowę, a Mist podchodzący z drugiej strony niemal nie oddychał. — Armia szybko się znajdzie, gdy usłyszą, że ja tu jestem. Ale przyjdą jeszcze szybciej, jeśli usłyszą o Gromowładnym.
— I co niby mam zrobić? — syknąłem, bo jakoś uwaga wszystkich mieszkańców Wschodu nie była mi na rękę. — Łazić po mieście i robić wyładowania?
— Nie, Iskierko, zrobić tylko jedno wyładowanie. Potężne, takie, które zobaczy cała Al-Kariba. A potem pójdziemy do Mmahat-Dżahsz, odzyskamy Malikę i zabijemy Rahula.
— Prosty plan, podoba mi się — zgodził się Mist, jakby nie słyszał ostatnich słów. Trochę nie mieściło mi się w głowie, żeby szczeniak wiedział o co chodzi w zabijaniu. Nie mógł wiedzieć tego nikt, kto zwyczajnie tego nie zrobił.
— Tylko konieczne będzie przebranie… Amun, jego majestat Indra Gromowładny życzy sobie zmienić odzienie! Przynieś coś godnego!
— Oszalałaś?! — Syknąłem, łapiąc ją mocno za ramię. — Mogę robić dużo rzeczy, ale udawanie boga…
—  A kto tu mówi o udawaniu? Masz być po prostu sobą. Przybyłeś, by ukarać księcia za jego grzechy, obalić jego dynastię i założyć nową.
— Jestem za młody na zakładanie rodziny!  I w ogóle to dziadek niedługo ma urodziny, zabije mnie, jak nie przyjdę, bo będę zajęty płodzeniem dzieciaków!
— Szukasz problemów, Laxus — zwrócił mi uwagę Mist tak cicho, że ledwie go usłyszałem. — Zrób co do ciebie należy, i wynośmy się stąd.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, nim pojąłem, o co mu chodziło. I bynajmniej nie była to chęć ośmieszenia mnie. Zgodziłem się, z rezygnacją wciskając ręce w kieszenie spodni, którym przydałoby się pranie, i pokręciłem głową.
— Dobra, ale to ma być naprawdę w trybie ekspresowym, nie lubię zwracać na siebie uwagi — podałem warunek, na który oboje zgodzili się zbyt entuzjastycznie bym nie wiedział, że kłamali.

Jeszcze przed południem temperatura była niemożliwie wysoka i choć obaj z Mistem bardzo się staraliśmy, nie mogliśmy z tego upału usiedzieć w miejscu. Ciężko się oddychało w całym tym pustynnym pyle, a słońcu to już serdecznie i z mściwością życzyłem śmierci.
Szczerze się dziwiłem tym wszystkim ludziom, którzy w takim spokoju żyli w Al-Karibie, a obserwując przechodniów zza zasłony dochodziłem do wniosku, że to nie tylko kwestia adaptacji, ale zwczyajnie nadludzkie zdolności! Dopiero po jakimś czasie zwróciłem uwagę na ich postawy, na całą atmosferę… Byli jak martwi. Sami przygięci do ziemi starcy, mnóstwo starców i ani jednego dziecka.
— Ponuro tu u was — rzuciłem w przestrzeń. Naina nie zaregaowała, przebierając w ubogim zbiorze odświętnych ubrań przyniesionych przez mężczyzn.
— Ludzie stracili nadzieję — odezwał się starzec, poprawiając się powoli na pryczy. Odwróciłem się do niego i czekałem, chcąc dowiedzieć się więcej.  Doświadczenie w rozmowach ze starymi miałem, to wiedziałem, że chwilę będę musiał wgapiać się w niego bezceremonialnie, aż dokończy. — Odebrano im przyszłość, nie widzą celu swojej podróży, czekają na śmierć. Myśleliśmy, że zjawisz się wcześniej, zanim ta rzeź się rozpoczęła. — Usłyszałem jawne oskarżenie w jego głosie, miał mi za złe; ciekawe, czy stałby na tym stanowisku, gdyby wiedział, że miałem szesnaście lat i zwykłe szczęście obdarzyło mnie magią błyskawic.
— Bogowie zjawiają się wtedy, kiedy sami zechcą, inaczej nie byliby bogami — odezwała się Naina, wybierając w końcu jakieś czerwone szarawary i paskudny, biały kaftan. Pokiwałem głowę, zgadzając się z jej słowami i próbowałem robić dobrą minę, ale naprawdę zrobiło mi się ich wszystkich żal. Stracili rodziny. Gdybym ja stracił swoją, raczej nie miałbym odwagi żyć.
Bez słowa poszedłem do drugiego pomieszczenia się przebrać.  

Nad Al-Karibą zbierały się burzowe chmury. Z oddali nadchodziły grzmoty, dudniące głucho w przestrzeni między niebem, a ziemią, i mieszkańcy, choć przerażeni, wyglądali przez okna, ciekawi tego, co się działo. Nie była to pora deszczu, a burze pisakowe nie zapowiadały się tak donośnie, więc dziwne zjawisko powoli wywoływało panikę. Kiedy spadł deszcz, ludzie wylegli na ulice i zaczęli wznosić dziękczynne modły, choć nie wiedzieli, czy to rzeczywiście była dobrotliwość niebios, czy zapowiedź kolejnego kataklizmu. Pojawiły się pierwsze błyskawice i ludzie wstrzymali oddechy. Na moment powietrze zamarło, zrobiło się cicho, jak nigdy dotąd, i nagle, wprost na Mahat-Dżahsz, runęła ogromna błyskawica, rozłupując dach pałacu.
Wrzask był nieopisany, ludzie zaczęli tańczyć z radości i gratulować sobie nawzajem. Niektórzy trwali w modlitwie, płacząc głośno i bijąc się w piersi, i nawet nadchodzący żołnierze nie zmusili ich do ucieczki. 
 
Stopniowo, od południowej strony miasta, wrzask milkł, ludzie padali na kolana, bili czołami o ziemię i wnosili modły pochwalne. Pmiędzy nimi szedł człowiek – nie dorosły mężczyzna, ale i nie chłopiec – od którego biła złota poświata. Szedł spokojnym krokiem, patrząc wprost na Mahat-Dżahsz, a ryk nieba rezonował w ciałach ludzi.
— Indra… Gromowładny… Boże, zmiłuj się nad nami!
— Zaświadczam, że nie ma boga, prócz Indry…!
— Sprowadź zniszczenie! Niech ukorzy się twój grzeszny lud!
— Słuchałem waszych modlitw…! — zabrzmił głos tak mocny, jak sam grom, i ludzie ze strachu zamierali. Ulica pękała w szwach, a jednak pomiędzy tłumem utworzyła się droga do pałacu. — I posłałem wam proroka… Ażeby ostrzegł i nawrócił waszego księcia!
— Niech będzie pochwalone imię twoje! — Wybuchło, a bóstwo nadal spokojnie kroczyło przez tłum.
— Lecz syn mój nie usłuchał… I oblał pustynię krwią! Której nie chciałem! A zatem, ludu pustynny, najwierniejszy… Przychodzę, by pomścić wasze cierpienia! Nie będzie więcej łez! Dom, który nie gościł w swoich progach żadnego boga… Dziś dostąpi zaszczytu podjęcia najpotężniejszego!
— Wymyśliłaś to na poczekaniu?
— Po prostu wiem, co do nich dotrze. To banda durniów, i bogom za to dzięki, bo inaczej nic by z tego nie wyszło. Teraz twoja kolej, Mist.
Z nieba lunął deszcz, zastępując duszność powietrza zapachem mokrego piachu. Błyskawice hulały w najlepsze, uderzając w okolice pałacu. Laxus parł do przodu, w duchu ciesząc się z paniki, jaką wywoływał, i nabożnego strachu, postanawiając, że każe swoim przyjaciołom mówić do siebie „wasza wysokość”. W końcu co bóg, to bóg.
Chmury nad nim, niby w jakiejś grotesce, zostały przecięte, a z rozrastającej się szczeliny wychynął ohydny łeb z sześcioma oczami, ozdobiony koroną z rogów. Bestia ryknęła przeraźliwie i pokrytą bąblami łapą wskazała Mahat-Dżahsz. Ludzie rozbiegali się w panice, tratując siebie nawzajem, z krzykiem i prośbami o zmiłowanie. Indra sprowadził demona zagłady na Al-Karibę – kara boska dopełniała się.
Z północnej strony nadciągała noc. Torowała sobie drogę wśród domów, paraliżując chłodem, i zmierzała prosto na pałac. Bariery magiczne, chroniące granicę miasta, rozpadły się w mgnieniu oka, lecz odpowiedzialny za to człowiek nie poinformował Rahula. Milczał, mając nadzieję, że nim ktokolwiek odkryje jego sabotaż, zostaną zabici przez nadchodzącego Indrę. Chaos w mieście był nie do opanowanie. Oddziały dezerterowały i umykały na pustynię razem z cywilami. Rahul wydawał rozkazy, jak tylko wiadomości dotarły do bram pałacu, ale ludzie, chodź udawali posłusznych, nawet nie myśleli przeciwstawiać się bogu.
Harem opustoszał, niestrzeżony przez dezerterów, wszyscy uciekali, i tylko Rahul z grupą oddanych mu żołnierzy i ambasadorem  Rady Magicznej pozostali na swoich miejscach.
Ogrody zniszczyła błyskawica, dziedziniec płonął, wzbijając w powietrze czarnawy dym przesiąknięty zapachem olejków. Jedna z wież runęła, grzebiąc kilkudziesięciu ludzi, pozostałe dwie stały pewnie, jakby gotowe oprzeć się wichurze.
Z ciemnej czeluści nieba demon wyłonił się do pasa, i opierając łapy na chmurach  przesuwał się w kierunku Mahat-Dżahsz, rycząc potwornie. Obserwujący to Rahul nie miał nawet odwagi odwrócić wzroku. Blady, z szeroko otwartymi oczami patrzył na największą potworność, jaką stworzono, i dopiero złota błyskawica u bram odwróciła jego uwagę. Wśród dymu i huku stał Gromowładny we własnej osobie i choć książę bardzo chciał wierzyć, że to tylko dziecko, na którego kiedyś wydał wyrok śmierci – nie mógł. Odżyły w nim słowa Proroka, którego wiele lat temu postanowił ściągnąć do pałacu dla uciechy swojej pierwszej żony, Darin. 
W tym kraju przyszło na świat dziecko, które poruszy twoim tronem. Zburzy twój pałac i zmiażdży twoje ogrody, nie mając litości dla mieszkańców. Ciebie samego zakuje w kajdany, oblecze w białe płótno pielgrzyma i da znamię, którego nigdy nie zniszczysz, a które będzie nakazywało ludziom omijać cię. Jeśli twoje serce się nie zmieni, ciebie i twój pałac, Dom bogów, czeka unicestwienie.
— Indra Gromowładny — wyszeptał pobielałymi wargami. Oodwrócił się z szaleństwem wypisanym na twarzy i rozkaz zamarł mu na ustach; jego ludzie uciekali w popłochu, błagając o życie. Za nimi spokojnym krokiem szedł ambasador.
— Z…Zaraz! Dokąd! Czyż Rada nie obiecała mi…! — zaprotestował, nagle pomując, że padł ofiarą pułapki. Uśmiech ambasadora tylko to potwierdził.
— Rada nie składa obietnic umarłym — odparł.

Naina spodziewała się Maliki w Podziemiach i gdy stanęła u wejścia, czuła wyraźnie zapach starszej siostry. Mimo że wejście w mroczny tunel wzbudzało w niej dreszcze, przekroczyła próg i biegła, kierując się nosem.
— Nie żyje, też mi… — mamrotała do siebie, pokonując labirynt. Po prawdzie zaczęła mówić na głos by zagłuszyć odgłosy kopania i jęki, które, mimo ciszy, słyszała. Pamiętała każde dziecko, które zamordowano w Podziemiach i wydawało jej się, że małe, posiniaczone ręce czepiają się jej ubrania, gdy biegła. — Niech cię szlag, Malika! Nie miałaś kiedy dać się aresztować?! — wrzasnęła, przyspieszając. Wracały zawroty głowy i już od jakiegoś czasu czuła gorączkę – nie wypoczęła po ponad dwunastu godzinach w kajdanach z kamienia pieczętującego, wciąż była na pełnych obrotach i wiedziała, że gdy już znajdzie siostrę, prawdopodobnie nie będzie miała siły nawet się ruszyć.
Przezornie zostawiono tylko jedną pochodnię w korytarzu, w którym znajdowała się cela Maliki. Naina zabrała ją ze sobą i stanęła przed kratami, krzywiąc się na wszędobylski odór krwii. Widziała cień siostry, leżącej pod ścianą, złośliwie milczącej.
— No, jestem — Naina złapała za kraty i zrobiła z nich kurz. Weszła do celi z tryumfalnym uśmiechem; tym razem to ona ratowała starszą siostrę, nie na odwrót, jak tysiąc razy dawniej. — Co, do diabła, wstawaj! Malika?

Laxus szybko pozbawił Rahula przytomności, nie zadając sobie nawet trudu, by otworzyć usta. Spokojnie czekał w opustoszałym pałacu, aż Naina z Maliką się pojawią, choć dręczyło go niejasne przeczucie, że coś było nie tak.
Miasto nadal brzmiało krzykami i płaczem, choć ciszej, niż poprzednio – mrowie ludzi zdążyło opuścić Al-Karibę i schronić się za wydmami okalającymi miasto. Niektórzy uciekali jeszcze dalej, jeśli pozwalały im na to siły, lecz nikt nie miał odwagi odwrócić się za siebie i zobaczyć, że demon na niebie zniknął, choć burza nadal trwała. Ciemna fala rozmyła się w powietrzu, Mahat-Dżahsz, choć uszkodzone, było na swoim miejscu.
Dreyar nie mógł uwierzyć, że wszystko poszło tak gładko. We trójkę udało im się dokonać zamachu stanu, zmienić porządek na całym Wschodzie! Jeśli mogli zrobić taką rzecz, co stało im na przeszkodzie, by zwojować cały świat?
Babcia Karima od początku całego zamieszania stała na malutkim tarasie i obserwowała przejście Indry i pojawienie się demona. Owszem, modliła się, ściskając talizmany ochronne, ale nie widać było strachu na jej twarzy. Patrzyła tak, jak starzy ludzie potrafią – gotowa na koniec, świadoma, że przeżyła znacznie więcej, niż powinna. Stała spokojnie, obserwując grę błyskawic na niebie, a gdy kolejny piorun uderzył w pałac i jedna z wież runęła, babcia Karima, jak dawno temu nazwały ją dzieci z ulicy, z radością wyszeptała:
— Nareszcie…

Leżał przede mną. Władca Wschodu, który nałożył nagrodę na moją głowę, koszmar, przed którym uciekałem trzy lata, teraz nieprzytomny leżał w gruzach i popiele, całkowicie zależny od mojej woli. Właściwie dlaczego nie miałbym się go pozbyć? Czy on zastanowiłby się przed wydaniem wyroku na mnie? Czy zastanowił się choć przez chwilę, nim kazał pomordować wszystkie dzieci swojego ludu? Czy taki sukinsyn zasługiwał, żeby go oszczędzić i puścić wolno? Z drugiej strony teraz już mi nie zagrażał, nie powinienem decydować…! Co za brednie! Rahul był szaleńcem, szczurem, który gryzł, gdy czuł niebezpieczeństwo! Zabicie go byłoby spłaceniem długu wobec ludzi  Wschodu jedynie w jakimś ułamku. Choć z drugiej strony cokolwiek by zrobił, nigdy nie wróciłby życia, nigdy nie mógłby spłacić długu… Dlaczego nie miałbym go zabić? Czy nie miałem grać Indry? Co na moim miejscu zrobiłby bóg, jeśli nie ukarał mordercy śmiercią?
Powietrze przesycił duszący dym, wybiegłem z ogrodów na oślep, mając dość pytań i czekania na Nainę czy Mista. Przetarłem oczy dopiero, gdy zatrzymałem się przed jedną z wież, i choć powinienem się tego spodziewać, zaskoczyło mnie, jak pusto było wokół. W tym dymie nie mogłem wyczuć Przybłędy, i zaczynałem się denerwować. Za długo jej nie było. Pewnie, że mieliśmy plan b, ale zwyczajnie opuszczać Mahat-Dżahsz samemu jakoś mi nie leżało. Chciałem spalić ten pałac, choć jeszcze długo później nie potrafiłem podać racjonalnych argumentów. Opustoszały, w płomieniach, budził strach, a znając jego historię z ostatnich dziecięciu lat, tonął w morzu krwii niewinnych. Był symbolem śmierci i uciemiężenia tych zabobonnych ludzi – należało zrównać go z ziemią.
Zawiało chłodniejszym powietrzem, które przegnało żar. Z przyjemnością wystawiłem się na wiatr, z początku nie rozumiejąc, że to magia Nainy. Wydawało mi się, że powinna dotrzeć od północy, więc dlaczego…
— Laxus!! Szybciej! Ogrody!
Wrzask, bo nie mogłem tego nazwać krzykiem, Mistguna przebił się przez huk walących się krużganków. Zanurkowałem w czarny dym, nie próbując zetrzeć sadzy z twarzy czy rąk, i wróciłem do epicentrum tragedii. Mist stał zalany krwią i wydawało się, że bronił dostępu do Rahula przed kokonem czarnej energii. Widziałem go kiedyś, raz, gdy Naina mierzyła się do gorlanem… Przeraziła mnie wtedy do szpiku, i choć teraz efekt był podobny, szybko odkryłem, że byłem w stanie się poruszyć.
Energia rozprzestrzeniała się, wirując. Zaczęła dławić ogień, pokrywać szronem resztki mozaiek i kolorowych szyb w oknach po drugiej, jeszcze nie zniszczonej stronie budynku. Rośliny, które nie zdążyły spłonąć, wyschły i na moich oczach zmieniły się w proch. Wiedziałem, że następstwem będzie brak tlenu i całkowite zniszczenie, ale dlaczego? Co się działo?
 Nie rozumiałem, dlaczego Mistgun krwawił ani dlaczego zasłaniał sobą leżącego Rahula. Z wysiłkiem podszedłem bliżej.
— Uderz ją — warknął Mist, dysząc ciężko. — Uderz! Oszalała! Nie wiem, co się stało, ale musi stracić przytomność!
— Przybłędo…! — spróbowałem dyplomacji, choć zdawałem sobie sprawę, że byłem nazbyt optymistyczny. — To Mist! Do diabła z tobą, o co chodzi?!
— Uderz ją!
— Niech was wszystkich…!
Jeszcze nim uderzyłem, wiedziałem, że tego uniknie. Jej kumulująca się magia nagle została skondensowana, niemal samoczynnie, i wystrzeliła w górę przyjmując formę słupa. Niebo nadal odbijało echa gromów, gdy magia Nainy zaczęła formować się w ogromną pieczęć. Nie wierzyłem…
— Laxus! Ona chce nałożyć przekleństwo! — Mistgun naprawdę wrzeszczał jak opętany, zupełnie zapominając o byciu powściągliwym, działającym mi na nerwy trzynastolatkiem. Starł krew z czoła umazaną w sadzy ręką i splunął na czerwono, po czym spróbował złapać głębszy wdech.
Zrobiłem jeden krok, potem drugi w kierunku Nainy i choć zbierałem magię w rękach, po prostu nie potrafiłem… Wściekły na samego siebie, mając za sobą przerażonego maga a przed sobą oszalałą Przybłędę musiałem być rozsądnym, odpowiedzialnym… Musiałem… Musiałem…
— Nie miej mi za złe… — powiedziałem i wziąłem zamach, chcąc uderzyć prosto w jej praw profil. Złapała mnie i unicestwiła błyskawicę, a zielone oczy błyszczały gniewnie. Wcale nie wydawała się wtedy niespełna rozumu.
— Malika — powiedziała zachrypniętym głosem i dopiero wtedy pojąłem, że rzeczywiście garstka rebeliantów miała rację. Że Malika, potężna siostra Nainy, została zamordowana.
— Rób, co chcesz — odsunąłem się i Mistowi nakazałem to samo. Szczeniak patrzył na nas jak na durniów, ale Naina wybiła mu z głowy dłuższy opór.
— Jeśli nie odejdziesz, Mist, zrobię ci to samo.
Przeklęła go. Skazała na wędrówkę przez wieczność, w samotności, w ciszy. Uważałem, że powinna go zabić.

Na pustyni, wśród rebeliantów i mieszkańców Al.-Kariby spędziliśmy kilka dni, wędrując do Gebhery. Naina była nieprzytomna, gdyż według oświadczenia medyka była przemęczona i zupełnie wypłukana z magii. Nie mieliśmy pojęcia, gdy był Ace i Dżamal  Udin, o którym poinformowali nas doradcy Maliki, czekający na Nainę w oazie Al.-Wahram. Tak, potwierdzili, że przez chwilę był tam też Ace, ale w którymś momencie po prostu zniknął. Nie zamierzałem go szukać, chciałem tylko wrócić do Magnolii i przez jeden dzień, bite dwadzieścia cztery godziny spać, nie przejmując się całym światem.
W Gebherze  Naina dochodziła do siebie, przeczekaliśmy burze piaskowe, przygotowując się do drogi w glorii wybawców. Naina wspaniałomyślnie, z moim oficjalnym błogosławieństwem, ustanowiła naczelnika Wschodu i obiecała kontrolować jego zarządzanie. Tam też pochowaliśmy Malikę, której prochy Naina zebrała do urny i na dzień przed powrotem uciekła z nimi na pustynię. Wróciła późno w nocy, milcząca, z oczami zaczerwienionymi od płaczu, ale spokojna. Nie pytałem. Dopiero nad ranem, gdy nad pustynią wstawał szary świt, odważyłem się powiedzieć kilka słów. Oboje nie mogliśmy zasnąć, choć powinniśmy wypoczywać ile się dało.
— Nie wrócisz tu.
— Nie. Teraz nie mam po co. Wydałam polecenie zburzenia Al-Kariby, myślę, że wszyscy posłuchają.
— Dlaczego go nie zabiłaś?
Westchnęła ciężko i odwróciła się do mnie. Wstałem z materaca i podszedłem bliżej, wiedzony jakimś dziwnym uczuciem. Długo patrzyła mi w oczy, a w mdławym blasku świecy mogłem dostrzec sprzeczność jej emocji i to, jak walczyła z sobą. Nigdy nie byłem dobry w pocieszaniu czy innych bzdurach, więc trochę nieporadnie, ale odważyłem się i ją przytuliłem.
— Myślałam, że zdążymy… — zaniosła się szlochem i histerycznie wciągała powietrze. Objąłem ją mocniej lecz nie ważyłem się odezwać. Cokolwiek bym powiedział, nie dałoby rezultatu. — To miałam być ja… Och, Boże, Laxus, dlaczego byłam tak samolubna by myśleć, że ona sobie poradzi? Jak musiała się czuć, umierając tam… Czekając na mnie…!
Tak. Ja myślałem o tym samym. Dlaczego nie zdążyliśmy na czas? Dlaczego Serena osobiście zamordował Malikę? Dlaczego w Mahat-Dżahsz nie było nikogo z Rady, choć Yajima poinformował nas o ich obecności?
— Będziemy najpotężniejszymi magami Ishvalu, Naina — obiecałem, czując, że z każdym jej szlochem mnie także chciało się wyć z bólu. — A potem pójdziemy po głowę Sereny.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz